Sobota,  22 września 2018, Imieniny: Maury, Milany, Tomasza
   Strona główna       Samorząd       Osięciny       Kultura i Sport       Edukacja       RODO       Przetargi       Umowy    
SKARBY W SADŁUŻKU
A na stodole sroka siada
I wysłuchuje co kto gada,
I wysłuchała, że w tym błocie
Leżą wielkie skarby, krocie!
 
Te słowa pochodzą z komedyjki Skarb w Jeziorze, wystawionej w 1946 r. przez amatorski zespół teatralny p. Jozefa Kowalskiego w osięcińskiej sali strażackiej. Jak łatwo się domyśleć, tematem jej był sławny skarb z jeziora Sadłużek, który od wielu pokoleń rozpala wyobraźnię okolicznych mieszkańców i rzekomych spadkobierców.
 
 
Wędkarz nad jeziorem w Sadłużku
 
Nie sposób już dziś ustalić z całą pewnością skąd wzięło się podanie o sadłużeckim skarbie. Tradycja ustna przekazywana w okolicy z ojca na syna, a zapisana w dziewiętnastym wieku przez Maksymiliana Boruckiego wiąże skarb z osobą Thorzewskiego, rycerza Władysława Łokietka i właściciela sąsiadującego z Sadłużkiem Thorzewa. W przededniu bitwy pod Płowcami zatopić miał on w jeziorze swoje rodowe skarby ukryte w dębowej skrzyni, w obawie by nie dostały się one w ręce rycerzy krzyżackich. Po zwycięstwie Polaków Thorzewski nie zdołał już jednak cennego depozytu odnaleźć lub też nie wydobył go z jakiegoś innego powodu; dość, że niezmierzone jakoby skarby pozostały w głębokiej toni, czekając na znalazcę. Pośrednim potwierdzeniem prawdziwości tej legendy może być fakt, że kolejne akty prawne dotyczące własności Sadłużka i przynależącego doń jeziora zawierały od niepamiętnych czasów uwagę, iż niezależnie od osoby aktualnego właściciela majątku, w przypadku odnalezienia w jeziorze skarbu stanowić on będzie własność pierwotnych właścicieli, potomków legendarnego Thorzewskiego – rodziny hrabiów Dąbskich. Sadłużek odpadł wprawdzie od ich ogromnych niegdyś dóbr rodowych jeszcze w XVIIII stuleciu, jednak owo zastrzeżenie notarialne przetrwało jeszcze z górą sto lat dłużej, stanowiąc żywy pomnik wiekowej tradycji.
Skarb, jak to skarb – “od zawsze” zapewne kusił poszukiwaczy. O najdawniejszych próbach jego odkrycia niewiele wiadomo. Pewne jest natomiast, że w latach 40. XIX wieku niejaki Gaszyński, geometra i były oficer napoleoński, postanowił zabrać się do rzeczy w sposób nowoczesny. Postanowił on odtworzyć stary kanał i spuścić cześć wody do pobliskiego Jeziora Głuszyńskiego, co miało przede wszystkim służyć ułatwieniu połowów obficie występujących w Sadłużku ryb. Ewentualność odkrycia skarbu miała być raczej dodatkową atrakcją całego przedsięwzięcia, jako że z mocy prawa należał on i tak do Dąbskich. Gaszyński nie znalazł w końcu dostatecznie wielu nabywców akcji mających sfinansować jego zamierzenia, prowadzone były one zresztą niekonsekwentnie i zbyt powoli. Wody jeziora nie chciały jakoś opaść (dziś wiadomo, że przyczyną były zasilające je stale podziemne źródła), nic nie dały też poszukiwania prowadzone przy udziale nurków, całość więc wkrótce zakończyła się plajtą.
Nie lepiej powiodło się jednemu z właścicieli Sadłużka nazwiskiem Węsierski, który w 1876 roku sprowadził mechanika Marczewskiego i dwie pompy parowe, przy pomocy których pragnął powtórzyć plan Gaszyńskiego, doprowadzając tym razem do całkowitego osuszenia jeziora. Ponownie jednak zwyciężyła natura: powierzchnia jeziora obniżała się wolniej niż przewidywano, zaś wypompowane wody zalały łąki okolicznych właścicieli powodując straty sięgające kilku tysięcy rubli. Poszukiwanie skarbu znów zakończyło się fiaskiem.
Kolejne próby eksploracji wód jeziora miały miejsce bliżej już czasów nam współczesnych. W sierpniu 1969 roku ekipa płetwonurków pod patronatem Muzeum Kujawskiego we Włocławku przebadała dno jeziora, ponownie nie osiągając żadnych rezultatów. Poszukiwania nie były jednak całkiem bezowocne, niejako przy okazji bowiem przebadano znajdujące się nad jeziorem grodzisko, wiązane dotąd przez tradycję z czasami Władysława Łokietka – okazało się ono znacznie starsze (VIII/IX wiek n.e.), zaś odnalezione tam zabytki kultury materialnej zdaniem naukowców były skarbem same w sobie. Nie o taki jednak skarb chodziło oczywiście poszukiwaczom z bydgoskiego Klubu Archeologii Podwodnej, którzy powracali do Sadłużka jeszcze co najmniej trzykrotnie, posiłkując się zarówno nowoczesnym sprzętem, jak i pomocą… różdżkarzy. Odnajdowano zabytki ceramiki i ciesielki średniowiecznej, ale też całkiem współczesne śmieci, niewypały z okresu wojny, butelki i metalowe rupiecie – skarb Thorzewskiego pozostawał nadal w sferze marzeń. Co ciekawe, jeszcze całkiem współcześnie znajdowali się nadal “prawni” pretendenci do skarbu: robotnik Franciszek Dąbski – ostatni potomek potężnego ongiś magnackiego rodu – oraz rodzina Kamińskich, właścicieli jeziora, którzy czasami bywali w żartach nazywani z tego tytułu “milionerami”. Sąsiedzi pamiętają jeszcze dziś starego Kamińskiego, który przez dziesięciolecia nie wypływał na jezioro bez długiej tyczki do “macania skarbu” i nadziei w sercu na szczęśliwy traf…
Dziś oczywiście skarb w przypadku jego odkrycia stanowiłby własność państwa, zaś jego znalazca liczyć by mógł formalnie tylko na niewielkie znaleźne. Czy jednak w ogóle jest czego szukać? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć. Wielowiekowa tradycja wsparta pewnymi świadectwami pisanymi zdaje się świadczyć, że coś jest “na rzeczy”; niekoniecznie zresztą trzeba tu sięgać aż do zamierzchłych czasów piastowskich. Przez terytorium Kujaw, podobnie jak przez całą Polskę, przechodziły w historii liczne burze dziejowe, których niemymi świadectwami są do dziś liczne znaleziska archeologiczne tzw. skarbów, ukrytych przez właścicieli w obliczu jakichś niebezpieczeństw, a ponownie wydobytych na światło dzienne dopiero po upływie wieków, a nawet tysiącleci. Z drugiej strony jednak poszukiwania wydają się być dzisiaj z góry skazane na niepowodzenie. Przede wszystkim jezioro sadłużeckie, podobnie jak większość nizinnych jezior w Polsce, zajmowało przed wiekami obszar znacznie większy niż obecnie, a zatem skarb – zapewne niewielkich rozmiarów skrzynia – zatopiony niegdyś na środku jeziora dziś może znajdować się już z dala od wody, gdzieś w torfowiskach Sadłużka czy Zygmuntowa. Sprawy nie ułatwiają też warunki przyrodnicze. Badania wykazały bowiem, że do siedmiometrowej gdzieniegdzie głębi jeziora należy dodać jeszcze co najmniej dwa metry gęstego szlamu na dnie, zaś widoczność w gęsto zarośniętej i zamulonej toni nawet w najlepszych warunkach nie przekracza kilkudziesięciu centymetrów, a często jest wręcz zerowa. Ewentualne poszukiwania wymagałyby zatem ogromnego nakładu środków: objęcia badaniami przy użyciu wykrywaczy metali wielohektarowego obszaru, a następnie systematycznego przeszukiwania go na wiele metrów w głąb, co potrwać by musiało całe lata, w dodatku bez najmniejszej gwarancji sukcesu.
To jednak podpowiada pragmatyzm, a czym innym są wszakże marzenia poszukiwaczy skarbów. Nie ulega wiec żadnej wątpliwości, że o poszukiwaniach skarbów w Sadłużku usłyszymy jeszcze niejeden raz.
 
Na podstawie:
- Maksymilian Borucki, Ziemia kujawska pod względem historycznym, geograficznym…, Włocławek 1882,
- Andrzej Szmak, Skarb pana Hrabiego, “Kujawy” rocznik 1969,
opracował Zbigniew Górecki w listopadzie 2006 r. w Warszawie.
   ©2005 Urząd Gminy Osięciny